Długi górski weekend. Część 4 – Krywań

22 czerwiec 2014

Nasz przedostatni dzień pobytu musiał być z przytupem, choć należy dodać, że trochę się do tego przytupu zbieraliśmy. Rano dość powolnie idzie nam ogarnianie się, choć plan mamy na dziś ambitny, a mianowicie wejście na Krywań. Jakoś tak się złożyło, że do tej pory nie miałam okazji wejść na ten szczyt, natomiast Marek, który dopiero ze mną zaczął poznawać lepiej Tatry, był otwarty na propozycję. Plan był prosty – wejść na Krywań zielonym szlakiem od Tri Studnicky i zejście niebieskim oraz czerwonym do samochodu. Czasówki na mej radosnej, starej mapie są wyjątkowo optymistyczne (sumarycznie cała trasa miała zająć jakieś 5-6h), co trochę mnie zastanawia, ale postanawiam nie myśleć za dużo (od tego można dostać migreny, zmarszczek, wrzodów oraz syndromu latającego oka… lepiej nie ryzykować).

Wyruszamy z Jurgowa w celu okrążenia Tatr (no cóż do wejścia na szlak nie mieliśmy zbyt blisko), po drodze zatrzymując się w bankomacie w Zdiarze. Parking w Tri Studnickach praktycznie omijamy, gdyby nie to, że odrywam się od książki, aparatu czy telefonu (byłam czymś zajęta i nie patrzyłam się na widoki za oknem) i krzyczę do Marka „stój”. Udaje nam się wcisnąć na zapełniony parking i radośnie uiścić opłatę w wysokości 4.5 EUR (sic! Choć z drugiej strony przynajmniej na Słowacji nie trzeba płacić za wejście na szlak, w przeciwieństwie do polskich Tatr). Zakładamy górskie buciory, robimy kilka głębszych wdechów i ruszamy na podbój Krywania.

Pan Krywań we własnej osobie

Krywań

Czytaj dalej

Długi górski weekend. Część 3 – Wielka Fatra

21 czerwiec 2014

Poranek w Jurgowie jest deszczowy, ponury i niezbyt zachęcający do czegokolwiek. Marek jednak nastawiony na to, że musi koniecznie pojeździć na rowerze, zmusza mnie do opuszczenia łóżka i względnego ogarnięcia się. Pakujemy się zatem do Kianki i ruszamy do Rużomberoku, gdzie w ośrodku Malino Brdo znajduje się wiele tras DH, które jak magnes przyciągały do siebie Marka. Nie jestem do tego pomysłu nastawiona zbyt optymistycznie, gdyż biorąc pod uwagę pogodę. Na szczęście po dotarciu na miejsce okazuje się, że nie pada, więc ja również mogę zająć się czymś konstruktywnym. Zabieram zatem plecak i ruszam przed siebie.

Mój plan jest dosyć prostu – kesze i trekking. Zaczynam od poszukiwania skrytek, do których doprowadza mnie asfalt wiodący do Pod Kalvariou (szlak żółty). W okolicy tej są trzy skrytki, położone dość blisko siebie. Pierwszą z nich znajduję szybko i bez większego problemu. Przy okazji mogę podziwiać industrialną panoramę Rużomberoku wraz z jego zieloną, polną i leśną okolicą. Drugiego kesz znajduję sprawnie, ale przedzieranie się przez skąpaną w porannym deszczu łące nie należy do przyjemności – jestem przemoczona do suchej nitki. Pomijając ten drobny szczegół, skrytka warta była poświęcenia. Słowacy i Czesi to narody wyjątkowo kreatywne w kwestii geocachingu. Jakieś było moje zdziwienie, gdy skrytka okazała się być schowana w jeżu 😉

Keszowy jeż

Rużomberok

Czytaj dalej

Długi górski weekend. Część 2 – rajski Słowacki Raj?

20 czerwiec 2014

Pogoda za oknem nie zachęca do niczego – szaro, buro, coś siąpi z nieba. Szybki przegląd prognoz pogody oraz naszych pomysłów na piątkowe aktywności i zapada decyzja – jedziemy do Słowackiego Raju. Generalnie z bliżej nieokreślonych przyczyn ileś razy, gdy byliśmy w Jurgowie chcieliśmy tam pojechać, ale wydawało nam się, że jest to strasznie daleko. No cóż… raptem 60km, więc nie jest to jakiś zabójczy dystans.

Gdy jedziemy przez Słowację okazuje się, że pogoda choć mocno pochmurna, to jednak ma tendencję do rozpogadzania się, co dobrze rokuje na przyszłość. Docieramy do Podlesoka, który wybraliśmy jako punkt startowy naszego poznawania Słowackiego Raju. Parking kosztuje tam 2EUR za dzień. Oczywiście 99% aut tam stojących jest tego dnia na polskich blachach. Widać zatem, która narodowość ma długi weekend 😉

W kasie przy parkingu kupujemy bilety wstępu – 1.5 EUR od osoby oraz mapę za 4EUR. Po krótkich konsultacjach decydujemy się na wspinaczkę zielonym szlakiem przez Suchą Belę i Misove Vodopady. Początkowo szlak wiedzie dnem koryta potoku, w którym jest na szczęście mało wody. Szybko wymijamy grupki turystów w adidasach, którzy kombinują jak tu nie zamoczyć obuwia. My w górskich butach idziemy nie zważając na wodę. Gdy zaczynają się pierwsze kładki,  nie czuję się za pewnie, ale po przejściu około dziesięciu natychmiast zapominam o jakimkolwiek lęku.

Jedna z pierwszych kładek

Słowacki raj - kładka

Czytaj dalej

Długi górski weekend. Część 1 – trasa na rozchodzenie

Dobrze znów być w Tatrach. Lubię te powroty i uczucie, które im towarzyszy. Cóż…góry te są ze mną odkąd pamiętam, a nawet jeszcze dłużej, gdyż moja mama będąc ze mną w ciąży dziarsko maszerowała po Tatrach. Sentyment pozostał i pewnie pozostanie, stąd cieszy mnie każda możliwość spędzenia w tych górach choćby chwili.

W Tatry udaliśmy się z samego rana 19 czerwca. Naszym punktem docelowym był jak zwykle Jurgów, ale z różnych przyczyn zmieniliśmy kwaterę, w której od dwóch lat nocowaliśmy. Tym razem zdecydowaliśmy się na nocleg U Kasi, w przenośni i dosłownie, gdyż Kasię, która go prowadzi poznałam dawno temu w Tatrach, dzięki wspólnemu znajomemu ratownikowi. Niestety teraz nie miałyśm okazji się spotkać, gdyż Kasia pojechała na nadmorski urlop.

Po wypakowaniu gratów z samochodu i przebraniu się w górskie ciuchy wskakujemy do Kianki i jedziemy do Tatranskiej Javoriny. Tam porzucamy auto i ruszamy wzdłuż Doliny Javorovej. Pogoda jest trudna do określenia – ani dobra, ani zła. Ale nie zastanawiamy się nad tym zbytnio, tylko maszerujemy przed siebie. Przy rozejściu szlaków na wysokości polany Pod Muranom obieramy niebieski szlak przez Zadne Medodoly. Wychodzi słonce, a okolica rozświetla się w czerwcowym słońcu. Od razu robi się cieplej, a okoliczne szczyty wyglądają mniej groźnie. W pewnym momencie, przechodząc przez mostek zauważamy dość specyficzny napis: „Uwaga! Zaraz zobaczysz niedźwiedzie wykonane z drewna.” Rzeczywiście, obok wiaty nad potokiem stoją dwa misie i najwyraźniej ktoś kiedyś wziął je za prawdziwe niedźwiadki (choć jak sami zobaczycie na fotografii, nie wyglądają zbyt naturalnie).

Uroczy szlaban w przejściem dla człowieka

Polana pod Muranom

Czytaj dalej

Marcowe Podhale część 5. Spisz, Pieniny i droga powrotna

9 marzec 2014

Poranek rozpoczynamy od pakowania naszej góry rzeczy. Nie chce nam się wracać, w szczególności, że wreszcie pogoda dopisuje, a prognozy na kolejne dni są bardzo obiecujące. Musimy jednak pożegnać się z Jurgowem i wrócić do wszelakich obowiązków.

Oczywiście nie wyruszamy od razu do domu, lecz chcemy jeszcze odwiedzić kilka miejsc oraz odnaleźć kilka keszy. W pierwszej kolejności jedziemy do odkrytej dwa dni wcześniej Osturny. Tym razem docieramy do niej od strony Łapszanki. Tatry nieco prześwitują przez chmury, jednak widoczność z rana nie jest zbyt wybitna. Przejeżdżamy przez Osturną i jedziemy dalej, w stronę Spiskiej Starej Wsi. Po drodze usiłujemy podjąć jednego kesza, lecz sztuka ta absolutnie nam się nie udaje.

Docieramy do Spiskiej Starej Wsi, gdzie przy kilku blokach zostawiamy Kiankę i kierujemy się na rozległe wzgórze. Tam, przy sporej wielkości krzyżu miał znajdować się kesz, o uroczej nazwie Sverny Pol.

Sverny Pol

sverny pol

Widokowo

spiska stara wieś

spiska stara wieś

Po dotarciu na miejsce okazuje się, że siedzi tam młody gość i grzebie patykiem w zagłębieniu w ziemi. Dosłownie i w przenośni. Wcześniej, przed czasami Geocachingu, pewnie uznałabym go za wariata. Teraz natomiast, po prostu wiedziałam, że pewnie szuka kesza. Marko, bo tak miał na imię jegomość, dopiero rozpoczął swoją przygodę z Geocachingiem. Pochodzi ze Spiskiej Starej Wsi, a na Sverny Pol poszedł za namową swoich kolegów, którzy znaleźli kesza dzień wcześniej. We trójkę przeczesujemy pole, ale oprócz zagłębienia, w którym wcześniej grzebał patykiem Marko, nie znajdujemy niczego, w czym mógłby zmieścić się kesz. Powoli zaczynamy się frustrować, bo czas płynie, a my niczego nie znajdujemy. Nasz słowacki towarzysz usiłuje dodzwonić się do swoich znajomych, by poprosić ich o pomoc w poszukiwaniach. Ostatecznie Marko przez przypadek wpada na ślad skrytki i już po chwili możemy wpisać się do logbooka. Żegnamy się z sympatycznym Słowakiem i wyruszamy w stronę przeciwległego wzgórza, górującego za Spiską Starą Wsią.

Ufff…znalezione

geocaching

Można się na spokojnie wpisać

geocaching

Sverny Pol: http://www.geocaching.com/geocache/GC384MT_severny-pol?guid=e9e0876e-d93f-469a-a965-431a932f7202

W centrum miejscowości podejmujemy szybkiego, magnetycznego kesza. Znajdują się tam tablice informacyjne z mapami oraz uroczym zdjęciem Spiskiej Starej Wsi z lotu ptaka.

Spiska Stara Wieś

Stefan L. Kostelnicak: http://www.geocaching.com/geocache/GC3Z0CE_stefan-l-kostelnicak?guid=efa015c2-7fbd-4d01-85ca-e38e20015ba9

Idziemy dalej w stronę kościoła, przy którym odbijamy w lewo i idziemy kawałek asfaltem. Później skręcamy w polną drogę w prawo i pniemy się ku górze. Ze wzgórza rozciąga się niesamowity widok na Tatry, Pieniny, Dunajec, Zalew Czorsztyński. Gdyby nie ulokowana w tym miejscu skrytka, pewnie nie prędko byśmy tu zawitali. Samo poszukiwanie kesza jest lekko frustrujące, z racji idiotycznych koordynatów, które sprawiają, że przez 20minut szarpiemy się z krzakami tarniny. Dopiero dzięki złapanemu internetowi z Polski, udaje nam się sprawdzić spoilerowe zdjęcie, które pozwala nam w ciągu jakiś dwóch sekund wygrzebać kesza spod kamieni. Ale bez niego pewnie nadal byśmy siedzieli w nieszczęsnej tarninie.

Widok na Tatry

Tatry

Pieniny

Pieniny

Pieniny

Dunajec

Dunajec

Dwa kroky do Polski: http://www.geocaching.com/geocache/GC3RG4E_dva-kroky-do-polska-two-steps-to-poland?guid=17800699-218d-46ca-b832-1fe39e958b0d

Wracamy do Kianki i ruszamy do Polski. Po drodze na północ zatrzymujemy się jeszcze przy dwóch keszach. Najpierw odwiedzamy zamek w Czorsztynie. Tamtejsza skrytka jest dość ciekawie ulokowana, ale cieszymy się, że jesteśmy tam poza sezonem, kiedy nie musimy się martwić, że ktoś nas obserwuje.

Zamek

Zamek Czorsztyn

Zamek Czorsztyn: http://www.geocaching.com/geocache/GC4JZ0J_zamek-czorsztyn?guid=1a1faa3c-400a-4e56-bb52-17b7b13f0136

Ostatni tego dnia kesz ulokowany został w Koninkach, przy pomniku „Organy Podhala” Hasiora. Pomnik może się podobać, lub nie, ale na pewno wzbudza różne emocje, a chyba taka jest właśnie rola sztuki. Kesza znajdujemy szybko i sprawnie, mimo kręcących się w okolicy ludzi.

Futurystyczne Organy, które nigdy nie zagrały

Organy Podhala

Organy Podhala: http://www.geocaching.com/geocache/GC1MKMG_organy-podhala?guid=c8a8ed76-463f-4616-9674-f4b72b1676f7

Później nastąpiła droga powrotna. Ja zostałam w Kielcach, a Marek wraz z Kianką powrócili na Mazowsze. Generalnie, mimo że pogoda przez większość czasu nie była sprzyjająca, to wyjazd możemy uznać za udany. Odkryliśmy wiele ciekawych miejsc, sporo połaziliśmy, znaleźliśmy sporo keszy i po prostu dobrze się bawiliśmy. A chyba o to w wyjazdach chodzi!

Marcowe Podhale część 3. Dzień na Słowacji

7 marzec 2014

Pogoda znów nas nie rozpieszcza. Gór nie widać, panuje ogólna mglistość. Postanawiamy rozplanować nasz dzień przy pomocy Geocachingu i ustalamy trasę u naszych południowych sąsiadów.

Jedziemy w stronę Strednicy. Na przejściu granicznym w Jurgowie zaglądamy do sporej skrytki, która służy m.in. jako hotel dla wędrownych przedmiotów – monet, bugów i kretów. Znajdujemy ją bez większych problemów i dorzucamy kilka przedmiotów.

Hawrań z Muraniem: http://www.geocaching.com/geocache/GC4H1E2_hawran-z-muraniem?guid=72832dbf-e84f-47b3-8525-edc2bf257a97

Ruszamy do Strednicy, lecz nie jedziemy bezpośrednio na nasz ulubiony, widokowy parking przy wyciągach (teraz i tak widoków nie było), lecz kierujemy się w stronę Osturnej. Zaskakują nas w tym rejonie Słowacji wyjątkowo zimowe warunki. Wszystko pokrywa świeża warstwa śniegu, a droga do lód i koleiny. Zatrzymujemy Kiankę przy rozejściu szlaków, przed dość charakterystycznym „wysokim szlabanie”.

Nietypowy dość szlaban

Strednica

Czytaj dalej

Marcowe Podhale część 1. Białka oraz okolice Zalewu Czorsztyńskiego

4 marzec 2014

Poranek zaczynamy o 6:30. Szybkie ogarnianie, dopakowywanie ostatnich rzeczy i możemy wyruszać w drogę na południe. Wcześniej żegnamy się z moimi rodzicami, którzy zbierają się o tej porze do pracy.

Wsiadamy do zapakowanej po dach Kianki i wyjeżdżamy z Kielc. Trasę do Jurgowa pokonujemy dość sprawnie. Po drodze atakuje nas deszcz, ale równocześnie świeci słońce. Tęczy niestety brak, jak i widoków na Tatry, co akurat wyjątkowo mnie smuci.

Do Jurgowa docieramy chwilę po 10. Wyrzucamy z samochodu tonę naszych gratów w tym dwa rowery rozłożone na części, jedną parę nart i butów narciarskich, dwa małe plecaki, jeden duży plecak, zapas jedzenia, jakieś Markowe narzędzia… generalnie sporo tego było.

Po umieszczenia naszych bagaży i rowerów na kwaterze, jemy drugie śniadanie (pierwsze skonsumowaliśmy w samochodzie, gdzieś przed Krakowem) i zastanawiamy się, co zrobić z tak dobrze rozpoczętym dniem, który jednak nie miał zamiaru rozpieszczać nas bajkową pogodą i widokami. Oczywiście z pomocą przyszedł nam Geocaching, który pozwolił nam zaplanować całkiem przyjemną wycieczkę.

Opuszczamy Jurgów i przez Czarną Górę kierujemy się do Trybszu, gdzie przy drewnianym, zabytkowym i wyjątkowo urokliwym kościółku zlokalizowany jest nasz pierwszy tego dnia keszyk. Szybkie poszukiwania i Marek wyciąga skrytkę.

Drewniany kościółek w Trybszu

kościółek w Trybszu

Czytaj dalej