Weekend na Lubelszczyźnie

Ostatni weekend (7-8 czerwca) spędziliśmy na Lubelszczyźnie, a wszystko za sprawą Kasi z bloga Kuchnia Pysznościowa, a oficjalnie kuzynki Marka. Wybraliśmy się do Skowieszyna, skąd pochodzi część rodziny Kasi. Tam też była nasza baza noclegowa.

Na sobotę Kasia zaplanowała dla mnie, Marka oraz jej Misia wycieczkę rowerową po okolicy. Ponieważ Marek koniecznie chciał zahaczyć o jakieś miejsce z wodą do pluskania, trasa została poszerzona o takową miejscówkę (Janowice). Jeszcze przed wyruszeniem w drogę śmiałyśmy się z Kasią, że na pewno się zgubimy mimo posiadania kilku map, gps’a oraz telefonów z nawigacją. Zasadniczo właściwą drogę zgubiliśmy jakieś 30-40 minut od opuszczenia Skowieszyna. Sytuacja była o tyle zabawna, że wylądowaliśmy na drodze, po której przebiegała trasa maratonu Mazovia MTB. Na początku jeszcze nie było tak źle, bo nikt nie jechał. Dopiero po chwili, pan na quadzie uprzejmie poinformował nas, że nadciąga czoło maratonu. Posłusznie zeszłyśmy z Kasią z drogi (panowie popędzili znacznie szybciej od nas) i czekamy, i czekamy, komary nas gryzą a my dalej czekamy. W końcu przejechało koło nas trzech panów. I tyle. Kiedy zdecydowałyśmy się wkroczyć na drogę, zaczęli nadciągać kolejni. Generalnie zrobiło się dosyć niebezpiecznie, bo uczestnicy maratonu osiągali spore prędkości, a my we dwie zaczęłyśmy stanowić mobilne przeszkody. Kiedy dogoniłyśmy panów, zarządzony został postój, podczas którego usiłowaliśmy się dowiedzieć od przejeżdżających koło nas rowerzystów, czy dużo ich tam jeszcze zostało, ale niestety nikt nie chciał nam udzielić odpowiedzi. Po krótkiej przerwie ruszamy dalej, dnem stromego dość wąwozu. Z Kasią decydujemy się przepchać rowery, gdyż bycie mobilnymi przeszkodami przestało nam się podobać. Po dłuższej chwili udało nam się dotrzeć do cywilizacji i opuścić trasę maratonu. Wylądowaliśmy na przyjemnej i bezpiecznej rowerowej ścieżce wzdłuż Wisły. Naszym celem był prom pływający z Bochotnicy do Nasiłowa. Z Markiem jedziemy nieco bardziej z przodu i dość szybko docieramy do promu. Wtedy orientujemy się, że Kaśka z Miśkiem gdzieś zniknęli, a prom właśnie chce odpływać. Cóż, okazało się, że nasi towarzysze nie zauważyli skrętu nad Wisłę i pojechali prosto, docierając do miejsca, w którym ścieżka się kończy. Na szczęście udaje im się dotrzeć zanim prom odpłynie.

Z Kasią na trasie maratonu

Skowieszyn

Zrobiło się groźnie 😉

MTB Mazovia

Uff….już nad Wisłą, a w każdym razie w jej okolicach

wisła

Dalej czekała nas mozolna wspinaczka na górę w lejącym się z nieba skwarze. Później przyjemną i widokową trasą z Nasiłowa do Janowca pokonujemy bez większych problemów. W Janowcu oczywiście zatrzymujemy się by popodziwiać ruiny zamku, które za czasów komuny były jedynym tego typu obiektem, który należał do prywatnego właściciela – Leona Kozłowskiego. Wujek Leszek, czyli Tata Kasi, tak wspomina to miejsce: „Kiedy byłem młody, to chadzałem z kolegami do ruin pić wódkę. A Kozłowski nas ganiał.” Po prawie 50 latach właściciel sprzedał w końcu zamek muzeum z Kazimierza Dolnego i od tamtego czasu trwają prace rewitalizacyjne, w efekcie z roku na rok przybywa murów i innych konstrukcji.

Trąbiłam dzwonkiem

prom Bochotnica

Nasze pojazdy na promie

prom Wisła

Budynek opuszczonej szkoły gdzieś na trasie

budynek opuszczonej szkoły

Ruiny Zamku w Janowcu

Janowiec ruiny zamku

zamek Janowiec

zamek Janowiec

Widok z okolic ruin

Janowiec

Nie decydujemy się jednak na zwiedzanie ruin, ponieważ wolimy odpocząć w jakimś chłodniejszym miejscu, gdzie można ewentualnie popluskać się w wodzie. W tym celu jedziemy do Janowic, do których zostaliśmy pokierowani przez rodziców Kasi. Nawet udało nam się znaleźć kąpielisko, jednak okazało się nie być jeszcze czynne, a wokół trwała budowa drogi wzdłuż jeziorka. Mimo wszystko postanowiliśmy tam chwile odpocząć i posilić się pysznymi wiktuałami przygotowanymi przez Kasię. Panowie nawet zdecydowali się wykapać, mimo że woda nie wyglądała na zbyt zachęcającą. W międzyczasie odkrywamy, że parka siedząca na przeciwko nas na pomoście, po drugiej stronie jeziora oddaje się hmm bardzo bliskiej integracji, a po dochodzących stamtąd dźwiękach mogliśmy przypuszczać, że całkiem udanej 😉

Kasia czyli Kuchnia Pysznościowa przy pracy

kuchnia pysznościowa

Jednak komu w drogę, temu czas. W Skowieszynie miało na nas czekać ognicho oraz zupa przygotowywana na ogniu przez Wujka Leszka. Niestety okazało się, że rowery na których pedałowali cały dzień Kaśka i Misiek nie były najlepsze na tego typu długą wycieczkę  i odmówiły z lekka współpracy. W efekcie my wracamy do Skowieszyna na rowerach, a Kaśka z Miśkiem częściowo autobusem, a częściowo pchając rowery. Wieczór upływa nam na regeneracji, uzupełnianiu płynów i kalorii oraz Polaków rozmowach.

Na promie z Janowca do Kazimierza Dolnego

prom do Kazimierza Dolnego

prom Janowiec Kazimierz Dolny

Pędzę w stronę światła

Kazimierz Dolny

Niedziela przynosi nam świadomość, jak bardzo pogryzły nas komary, a mnie dodatkowo jak straszna alergia mnie dopadła. Leje mi się z nosa, oczu, a zatoki mam kompletnie zapchane. Dawno nie miałam aż takiego ataku tej złośliwej przypadłości, ale jak to się mówi – siła wyższa. Tego dnia najpierw udajemy się z rodzicami Kasi na spacer po okolicy. Żar leje się z nieba, ale lessowy krajobraz tak czy inaczej przypada nam do gustu. Po spacerze jedziemy z Kasią i Miśkiem nad Wieprz, by odpocząć nieco od upału. Oczywiście komary również chcą odpoczywać z nami, z czego akurat cała nasz czwórka nie jest zbyt zadowolona. Czas urozmaicamy sobie grą w Kubb’a, która wyjątkowo przypada Kasi do gustu z racji opanowania przez nią techniki podkręcania kijka służącego do zbijania obrońców. Koło 18 my z Markiem kierujemy się do Warszawy, a Kaśka z Miśkiem jadą z powrotem do Skowieszyna, by zgarnąć stamtąd rodziców i później również udać się do stolicy.

W lessowym wąwozie

wąwóz lessowy

Wesoła kompania

Skowieszyn

Lessowe pola

lessowe pola

pole lessowe

Weekend był intensywny, upalny, pozwolił mi odkryć nowe miejsca, w których nigdy dotąd nie byłam. Oprócz tego pojadłam pysznościowych potraw, dzięki Kasi i jej rodzince. Całej naszej ekipie dziękuję za miło spędzony czas i czekam na powtórkę 😉

Trasy naszego przejazdu

map1

map2

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Weekend na Lubelszczyźnie

  1. To ja bym chciała powiedzieć że:
    1.oficjalnie jestem kuzynką Marka a nieoficjalnie handluję tajskimi dziwkami, koksem i kolendrą
    2.tatunio się na pewno ucieszy że w końcu robi się sławny…i jego picie wódki w ruinach też 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s